E-commerce lekki, łatwy i przyjemny – czy taki być może? Gdyby tak można było konsumentowi uchylić drzwi do chińskiego hurtu i detalu za pomocą małego szmalu… – rym częstochowski, biznes model polski, obowiązki (nam) obce. „Dropshipping” brzmi dobrze, zachodnio. „Aliexpress”, też nieźle – jak synonim niskich cen. Ich połączenie – niczym spełnienie marzeń właściciela e-sklepu; o dużym zwrocie z niewielkiej inwestycji.

Efekt psują nieco polskie sądy, wskazując, że fakt, iż sklep internetowy nie magazynuje ani nie wysyła towaru do klienta nie oznacza, że nie posiada sprzedawanego przez siebie towaru w znaczeniu prawnym i nie jest za niego odpowiedzialny (przede wszystkim, ale nie wyłącznie) przed klientem. Żeby zrzucić z siebie nieco ciężaru, ryzyka i odpowiedzialności przedsiębiorca powinien ograniczyć swoją rolę do zbierania zamówień oraz przyjmowania od klientów zapłaty i przekazywaniu jej (pomniejszonej o prowizję za pośrednictwo) dostawcy – a więc umiejscowić się w pozycji pośrednika, a nie sprzedawcy.

Efekt może popsuć jeszcze bardziej niewłaściwa treść regulaminu sklepu lub oferty, błędne ustawienie cen, czy organizacja procesu obsługi gwarancyjnej. Warto pamiętać o tym, że występowanie w roli sprzedawcy względem konsumentów rodzi szereg obowiązków, w tym informacyjnych, a w każdym razie wpływa na przychód do opodatkowania; już tylko na marginesie należy zaznaczyć, że podatek VAT uiszczany z tytułu importu towaru nie jest tożsamy z podatkiem VAT z tytułu sprzedaży na terenie kraju, a komercyjne sprowadzanie podróbek z zagranicy może być przedmiotem zainteresowania służb celnych (i przesłanką odpowiedzialności).

Zatem, żeby e-commerce był lekki, łatwy i przyjemny, należy się postarać o jego poprawne wymodelowanie. Lepiej zrezygnować ze słów-wytrychów („dropshipping”) a dobrze rozpoznać ryzyka wynikające z handlu przez chińskich, nieodpowiedzialnych prawnie, pośredników (Aliexpress) i świadomie wpłynąć na okoliczności transakcji zawieranych między rodzimymi konsumentami a orientalnymi wytwórcami.