Świetnie jest pracować w zespole i wspólnie zmierzać do określonego efektu finalnego. To brzmi jak truizm. Wspólne motywowanie się, burze mózgów wyzwalające spotęgowane dawki kreatywności – to niewątpliwe zalety kooperacji.

Ważne jest jednak, aby w ferworze emocji nie zapomnieć o uregulowaniu praw do wspólnego dzieła, czymkolwiek ono będzie- książką, utworem muzycznym, czy programem komputerowym.

Na samym początku dobrze zdać sobie sprawę, kogo z zespołu można uznać za twórcę. Oczywiście, każdy artysta poczułby się urażony tego rodzaju postawieniem sprawy i mógłby powiedzieć: „Jak to, nie jestem twórcą?!”. Z prawnego punktu widzenia, samo uczestniczenie w zespole, z zasady o niczym nie przesądza. Twórcą nie jest na przykład osoba, od której pochodzi wyłącznie pomysł lub zachęta czy inspiracja do stworzenia utworu. Nie jest nim również ten, kto prowadzi czynności o charakterze redakcyjno-językowym, czy finansuje koszty prac. Orzecznictwo dopuszcza, aby za twórcę uważać osobę sporządzającą indeks systematyczny bibliografii.

Co jednak z osobami, które jedynie dostarczają materiały do utworu lub dają wskazówki, podpowiedzi dzieląc się swoim doświadczeniem i wiedzą, a nawet wynikami badań?

Odpowiedzi na to pytanie dostarcza jeden z wyroków Sądu Najwyższego. Zapadł on na kanwie sporu miedzy profesorem wyższej uczelni oraz adiunktem i dotyczył kwestii rozstrzygnięcia komu przysługują prawa autorskie do skryptu „Roboty strzelnicze w górnictwie podziemnym”. Jak sama nazwa wskazuje, publikacja miała charakter naukowy. Adiunkt krakowskiej uczelni sporządził ją w oparciu o notatki z wykładów jednego z profesorów. Co więcej, sporządzony skrypt miał służyć nauce przedmiotu wykładanego przez profesora. Adiunkt twierdził, że skoro napisał samodzielnie skrypt, jest jego twórcą. Profesor bronił się, że on również wniósł wkład twórczy polegający na udostępnieniu adiunktowi swoich notatek, co było równoznaczne z podzieleniem się badaniami i koncepcjami naukowymi.

Sąd Najwyższy przyznał rację profesorowi. W wyroku wyjaśniono, jak trzeba interpretować „wkład twórczy”, który ma decydujące znaczeniu przy zaklasyfikowaniu kogoś jako „twórcę’. Sąd przyjął, że wkład ten może przejawiać się w różnej postaci, m.in. w zależności od rodzaju utworu i polegać nie tylko na wspólnym pisaniu skryptu, ale także na wykorzystaniu notatek z wykładów, będących owocem pracy naukowej profesora.

Jak widać, nawet jeśli ktoś faktycznie nie wykonuje czynności pisania (maszynowego/komputerowego, etc.) książki,  nie oznacza to jeszcze, że nie może być uznany za twórcę. Sprawiedliwie? Wydaje się, że tak.

Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie. Polityka prywatności